W Polonii Warszawa jest trochę tak jak we wspólnotach pierwotnych: czas tu nie płynie linearnie (do przodu) jeno cyklicznie (czyli kręci się w kółko). Coś jak w „Chłopach” Reymonta: tam była wiosna, lato, jesień i zima.
U nas także można wyszczególnić cztery fazy cyklu:FAZA A: nowa nadzieja (jest cudownie, gramy kolejny, zajebisty, przedsezonowy sparring z mistrzami wszechświata, nareszcie jest porządny trener, normalnie nikt nam nie podskoczy)
FAZA B: zdumienie (ups, no co jest, ale co się stało, ale jak to?!…)
FAZA C (jesienna): szukanie winnego (oj, oj, hm… eee… tak! To musi być trener!)
FAZA D: zwolnienie trenera (ale na horyzoncie już majaczy nowy, zajebisty i przystojny, więc miękkim ruchem z FAZY D przechodzimy do FAZY A).
I tak w kółko, i tak w kółko, round’n’round’n’round…
Obecnie – wszystko na to wskazuje – zaczęliśmy FAZĘ B. Mnie się już nawet felietonów nie chce pisać – bo ile razy można o tym samym? Prościej zastosować metodę „wytnij/wklej”. Pół roku temu na przykład, przed startem rundy wiosennej, tak oto klepałem w klawiaturkę, cytuję: „My, starzy kibice Polonii, dobrze znamy tę przedsezonową euforię: fajny trener, dobra atmosfera, ciekawe transfery i świetlane perspektywy. Jednym słowem: to kiedy, proszę Państwa, będzie ta katastrofa i który element pierdyknie tym razem? Oto jest pytanie… No nic, zaczekajmy!”
...koniec cytatu... Może w ogóle powinienem zacząć przeklejać stare felietony zmieniając tylko nazwiska bohaterów? Oczywiście jest jedno nazwisko, którego zmieniać nie trzeba. Właściciel owego nazwiska niedawno zbudował nam solidny skład, w sam raz na walkę o mistrzostwo Polski. Euforia trwała równo… trzy tygodnie. Po czym ów właściciel nazwiska… zburzył tę starannie zbudowaną przez siebie konstrukcję – co nie przeszkadzało mu nadal publicznie twierdzić jakoby Polonia miała ciągle silniejszą pakę niż Wisła...
Józefie, Józefie, zaprawdę powiadam Ci: na trzeźwo się za Tobą nie trafi… Domy też tak budujesz? Jedna ściana gotowa? No to super, to budujemy drugą, a jak już skończymy, to tę starą burzymy, bo właśnie zmieniła nam się koncepcja… Aaaa!!!
Osobiście dawno już się pogodziłem z faktem, że Polonia pod rządami miłościwie nam panującego niczego wielkiego nie osiągnie. Górna połówka tabeli – to nasze miejsce – jego pilnujmy – i za nie bądźmy Józefowi wdzięczni, bo wszak bez jego pieniędzy nie byłoby i tego. Serio. Ja tam jestem wdzięczny! Bywało gorzej!
Oczywiście w tym sezonie Józef częściowo jest usprawiedliwiony – w końcu pomysł z „zamrażarką kontraktów” był fajny i nie Józefa wina, że ten czy ów się nie zgodził. Ale casus Andreu? Ja wiem, że „nowemu kibicowi” trudno pojąć wartość dobrego, defensywnego pomocnika, bo to zwykle jest taki gość, którego na boisku nie widać, kiedy jest. Za to natychmiast widać, kiedy go nie ma. To, co w tej chwili oglądamy na Polonii to właśnie jest ten moment, moment pod tytułem: „jego nie ma”. Nagle cała gra, nie wiadomo dlaczego, siada i jest do dupy. No ale Józef nie pojmie tej zasady przyczynowo – skutkowej. Za krótko interesuje się piłką, a jego doradcy (typu premier Oleksy) zapewne też nie są do końca kompetentni w ocenie „def-midów”… No bo jak tu uwierzyć, że drużyna rzęzi i nic w niej nie trybi, bo brakuje jakiegoś niepozornego, niskiego chudzielca, który zagrywał głównie do tyłu i do boku?
Co mamy bez Andreu? Mamy totalnie niewidocznego playmakera Jeża, mamy powrót naszej starej, ulubionej taktyki pt „pała na Kosmala” – tym razem twórczo rozszerzonej o element, który sam sobie nazwałem „cofką na Królika”. Na czym polega „pała na Kosmala” to wszyscy wiemy (tym niemniej wytłumaczę młodzieży: chodzi o wybijanie piłki do przodu w nadziei, że napastnik „coś z nią zrobi”). Kiedyś tym napastnikiem był Kosmal, a teraz?... właściwie kto? Cani? Sikorski? Teodorczyk?
Natomiast „cofka na Królika” to wspomnienie koszykarskiej Polonii sprzed 20 lat. Jak Ugriumow z Żełudokiem i Wiktorowskim nie dawali rady pod koszem to zawsze można było cofnąć piłkę do Wojtka Królika, który z morderczą precyzją dziurawił rywala rzutami „za trzy”. Ostatnio w piłkarskiej Polonii Królika zastępuje Bruno. Trzeba cofnąć w jego stronę – i niech gość wywalczy pozycję i uderzy „za trzy”. No to trzy razy uderzył – i trzy razy wpadło. Ale już w Łodzi wpaść nie chciało… Tylko patrzeć, jak rywale zaczną – po koszykarsku – odcinać Bruno od podań „na obwodzie”… I koniec – i dupa zimna – i nie ma kto strzelać… Taki miły obrońca jak Adamski z ŁKSu (półtora samobója w jednym meczu) może nam się już nie trafić...
W miarę dobra (w przekroju czterech meczów) jest tylko nasza obrona i bramkarz, choć gra obronna już nie bardzo – ale za grę obronną odpowiada cały zespół – ze szczególnym uwzględnieniem… tak, właśnie, znowu wracamy do defensywnego pomocnika. Jak to on się nazywał?... Ten co go trzeba było pogonić, bo podawał ciągle do tyłu? Hę?
Oczywiście ja nie wierzę, że Polonia jest aż tak słaba, jak to wyglądało w meczach z łodzkimi drużynami. Zielu ma zupełnie nową drużynę – i musi mieć czas, by te klocki poukładać. O mistrza już raczej nie powalczymy (nie z tym materiałem!), ale o Puchary? Może, może, przy pomyślnych wiatrach… Choć – powtarzam – realnie patrząc – pierwsza ósemka, od biedy pierwsza piątka. Tyle.
Problem w tym, że po FAZIE B nieuchronnie nadchodzą FAZA C i FAZA D… a z jaskini Józefa już dochodzą jakieś takie jakby groźne pomruki… co wrażliwsi słyszą nawet odgłos ostrzenia zębów… Zielu, jesteśmy z Tobą, trzymaj się!