Dziś będzie nietypowo, zapraszam Was na „derbową wycieczkę w przeszłość”. Ostatecznie stulecie Polonii do czegoś zobowiązuje, prawda?
Jeśli zgodzimy się z kibicami Legii, że ich klub powstał w roku 1916 to te pierwsze derby były dość… hm… osobliwe... Oto pod koniec pierwszej wojny światowej, w roku 1917, do Warszawy przyjechała z dalekiej Galicji legionowa drużyna złożona z piłkarzy m. in. Cracovii, Czarnych, Lechii i Pogoni Lwów. Coś jakby „wojskowa reprezentacja Zaboru Austriackiego”. A że Galicja wtedy piłkarsko stała znacznie wyżej, niż Kongresówka - toteż tłumy kibiców Polonii waliły na Agrykolę, by obejrzeć w akcji gwiazdy typu Bilor, Kowalski czy Mielech.
W sumie nic nowego pod słońcem: dokładnie ten sam trend mamy w Warszawie dzisiaj, kiedy z tejże Galicji przyjeżdża Wisła Kraków – i każdy chce pooglądać Małeckiego, Iliewa, czy Meliksona…
Krakowsko-lwowscy mocarze zagrali wówczas z warszawiakami z Polonii dwa mecze – oba zremisowane po 1:1 (znowu: wynik jak z Wisłą ostatnio na K6, cóż za urocza koincydencja!) – po czym wyjechali ze Stolicy i wrócili do siebie, na południe. I to są ponoć „pierwsze derby Legii z Polonią”… No dobra, niech już będzie…
Tamta „drużyna legionowa” (krakowsko – lwowska) została rozwiązana w roku 1918. Dwa lata później w Warszawie powołano natomiast do życia Wojskowy Klub Sportowy, który po kolejnych dwóch latach – i po fuzji z Koroną – zmienił nazwę na „Legia”. W tym momencie Polonia istniała już jedenaście lat i – w odróżnieniu od rywala – była uważana przez mieszkańców Stolicy za klub czysto warszawski, po prostu „swój”. Trudno się tedy dziwić komu kibicowała Warszawa, kiedy zaczęły się „prawdziwe derby”.
Piłkarsko w międzywojennych derbach bywało różnie – można ten czas podzielić na trzy okresy: dominacja Polonii do przewrotu majowego w 1926. Dominacja Legii po przewrocie majowym (wyraźne powiązania z ówczesną „grupą trzymającą władzę”). Na koniec znowu dominacja Polonii zwieńczona wpadnięciem Legii w finansowe tarapaty i całkowitą likwidacją jej sekcji piłkarskiej w roku 1938.
Wyniki na boisku? Takie i owakie. Raz jedni, raz drudzy. Natomiast na trybunach wątpliwości nie było: Polonia dominowała w Stolicy zdecydowanie – także po wojnie - do końca lat 50-tych, a wielu twierdzi, że owa dominacja przeniosła się (niejako „siłą rozpędu”) jeszcze na pierwszą połowę lat 60-tych – aż do czasów Gadochy i Deyny, kiedy to CWKS zapisał piękną niewątpliwie kartę w europejskich pucharach. Wtedy już definitywnie lud Warszawy uznał, że bardzo lubi oglądać St Etienne i Feyenoord Rotterdam, a niekoniecznie chce podziwiać Śniardwy Orzysz i Bzurę Chodaków… I tak oto, po 50 latach kibicowskiej dominacji, „skończyło się nasze rumakowanie”… :(
Przy czym nie oznacza to wcale, że przed wojną, czy nawet zaraz po wojnie na Legii były puste trybuny. Nie, absolutnie! Nie wolno albowiem przenosić zwyczajów dzisiejszych na te sprzed 60 czy 80 lat. To były inne czasy, stopień identyfikacji z klubami sportowymi nie był tak mocny jak dziś – zero ultraski, zero chuliganki (no, ta się może i zdarzała, ale niemal wyłącznie „spontanicznie”) - w zasadzie wszyscy kibice byli „piknikami” i chodzenie na Legię nie wykluczało jednoczesnego chodzenia na Polonię, Warszawiankę, czy Skrę. Po prostu ci sami ludzie bywali i tu, i tu – interesowała ich głównie dobra piłka. A ta na Legii już wtedy bywała lepsza, niż na Polonii.
Skąd zatem wiadomo, że zdecydowana większość warszawiaków wolała Polonię? Ja na przykład (khm, khm…) wiem to z… eee… no dobra: z portalu „LegiaLive” (dzięki, chłopaki!), gdzie na forum kibiców, w temacie „Historia Legii” (str 6, na samym dole) są linki do skanów z przedwojennego Przeglądu Sportowego. Weźmy choćby dramatyczne i piłkarsko emocjonujące derby z roku 1930. Przypomnę: było to już po przewrocie majowym, kiedy Legia rok w rok dominowała nad Polonią piłkarsko (choć akurat sezon 1930 Polonia zakończyła tuż za Legią, na czwartym miejscu).
A na trybunach? Oto fragment relacji „PS” z Konwiktorskiej z 22 lipca 1930 (akurat udało się nam wygrać 3:1): „Efekt, jaki wywołała wyrównująca bramka strzelona przez Polonię wykazał, że gospodarze mają za sobą 80 procent publiczności. Co ważniejsze, okazało się, że przewaga owa wystarczyła nie tylko, aby wyrównać bezsprzeczną przewagę Legii na boisku, lecz aby nawet przeważyć szalę na korzyść Polonii”.
Rozumiemy? Halo! Ten pan tu pisze, że „nasz młyn”;) był w tym meczu „dwunastym zawodnikiem” - i to dopingowi kibiców Polonia w dużej mierze zawdzięcza niespodziewane zwycięstwo. Może by tak w najbliższą niedzielę, hę?...
Dalej w relacji mamy opis gola dla Polonii na 1:1 (strzelił Ałaszewski) i reakcję trybun: „Nabój dynamitu ukryty w widowni wybucha z siłą dawno nieobserwowaną w Warszawie”. A po bramce na 2:1 dla Czarnych Koszul: „Boisko zalewa spiętrzona fala entuzjazmu. Wydaje się, że to nie zimna publiczność warszawska, ale gorący południowcy: Włosi lub Hiszpanie”.
A kibice Legii? Owszem, przyszli i „byli zawsze tam, gdzie ich Legia gra”, wtedy jeszcze nie było jakichś dziwnych bojkotów… Oto wojskowi strzelają gola i „po prawej stronie trybun, gdzie siedzi zwarta grupa sympatyków wojskowych – huragan braw.”
..Legio, Legio – i komu to przeszkadzało?...
No dobrze – powie ktoś, ale co to za sztuka mieć przewagę na trybunach w meczu u siebie? Zajmijmy się tedy rewanżem – piłkarsko jeden z bardziej dziwacznych meczów tamtej epoki. Oto 7 października 1930 przy Łazienkowskiej Polonia – po długiej serii meczów bez porażki - prowadziła już 3:1, by na koniec… przegrać 4:8! Ten wynik nawet przed wojną to było kuriozum, no ale mówię: piłkarsko Legia była mocniejsza.
A kibicowsko? Według „PS” na trybunach zasiadło 8 tysięcy fanów. Dziennikarz w taki oto sposób komplementuje Legię: „I oto okazało się, że mimo wspaniałego pochodu zwycięskiego Polonii (…), mimo wyraźnego forytowania biało-czarnych przez widownię, wojskowi są jednak drużyną lepszą.” A na czym polegało „forytowanie”? Otóż kiedy już w pierwszej minucie Pazurek strzela gola dla Czarnych Koszul: „z ośmiu tysięcy gardeł wydziera się potężny, niemilknący długo ryk”. Niestety, tym razem kibice Polonii nie ponieśli drużyny ku zwycięstwu. Można nawet uznać, wyliczając „plusy i minusy” tych derbów, że… trochę jednak dali ciała… Nie, nie było piosenek w stylu „co wy robicie, wy chyba w…”, tym niemniej przy golu dla Legii na 3:3…:”zwolennicy wojskowych, początkowo cisi, zaczynają dawać o sobie znać coraz głośniej, zwłaszcza że sympatycy Polonii wyraźnie milkną.” Swoja drogą dziennikarz nic nie pisze, czy na Ł3 kibice Legii również siedzieli „w zwartej grupie”? I ilu ich właściwie było, skoro na 8-tysięcznej widowni Polonię fetowało „8 tysięcy gardeł”?
Niezależnie od wszystkiego mam tu apel do gniazdowych i całego Kamyka: niechże również pewne nasze błędy z przeszłości będą nauką przed niedzielnymi derbami. ;)
Takie to były czasy. Po wojnie owa kibicowska dysproporcja pogłębiła się jeszcze bardziej na korzyść Polonii. Przypominam: Legii nie było od roku 1938, a Polonia przetrwała wojnę – biorąc udział w licznych, nielegalnych rozgrywkach (legioniści też grali, ale jako pojedynczy piłkarze). Nie mówiąc już o tym, że związek miedzy (w końcu ciągle wojskową!) Legią przedwojenną a powojenną był mniej więcej taki, jak między Wojskiem Polskim marszałka Rydza – Śmigłego, a Ludowym Wojskiem Polskim marszałka Rokossowskiego… To znaczy: zawodnicy w sumie okej, ale ci sponsorzy…
W każdym razie warszawiacy mieli swoje zdanie na ten temat – ostatecznie Powstanie upadło raptem dwa lata wcześniej, trudno było tego i owego nie pamiętać… Oto opis rozegranego „na gruzach” meczu derbowego z roku 1946, a w nim taki oto passus: „Trybuny zajęła stara brać, w przeważającej większości kibice Czarnych Koszul. Legia posiadająca jako klub wojskowy znaczne tradycje, nie zdobyła sobie jeszcze serc warszawiaków”.
Zresztą ów „brak serca dla Legii” to nie tylko sprawka Rokossowskiego, Bordziłowskiego i ich ponurych kompanów: jak wspominał taki „Żewłakow Przeszłości”, czyli wychowanek Polonii, potem piłkarz Legii – Edmund Zientara – w Polonii grali sami warszawiacy, zatem mieszkańcy Stolicy uważali klub za – tradycyjnie - „swój”. Legia to byli zasię przyjezdni. Najemnicy. Choćby taki Kazimierz Górski, któremu zresztą mentalnie było akurat bliżej do Polonii (do dziś ma u nas swoje krzesełko!), ale to Legia była w stanie zorganizować lwowskiemu wygnańcowi mieszkanie w zrujnowanym mieście (znowu wyraźne powiązania z ówczesną „grupą trzymającą władzę”)...
Zientara naturalnie też nie przeszedł z Polonii do Legii „z sentymentu”… Ale co też niby mogła swym chłopcom zaoferować Polonia, skoro władze na długie lata zabrały jej nawet… stadion przy Konwiktorskiej! Tak, tak – tuż po wojnie w naszej „świątyni” zainstalowano jakiś dziwny, „czerwony klubik” o nazwie „Zryw”… Zdaje się, że za karę. Za co? Otóż za niemal natychmiastowe odrzucenie milicyjnego patronatu… Zresztą co tam stadion – przez dłuższy czas siedzibą Polonii była… brama kamienicy na rogu Nowogrodzkiej i Marszałkowskiej…
I taki właśnie klub: bezdomny, ze zrujnowanego miasta, okradziony z własnego stadionu, z siedzibą w ulicznej bramie – zdobył mistrzostwo Polski w roku 1946…
Ale owe nieszczęścia i trudności wzbudzały jedynie jeszcze większą sympatię warszawiaków dla „Dzieci Warszawy”. Kazimierz Górski wspominał finał Pucharu Polski z roku 1952. Polonia grała z Legią. Na Łazienkowskiej – zdaniem ś.p. Pana Kazia - 90 procent publiczności kibicowało Polonii i oszalało ze szczęścia, gdy Wesołowski strzelił dla Czarnych Koszul jedynego gola w tym meczu… A po meczu zwycięzcy zostali zniesieni z boiska przez rozentuzjazmowany tłum… „a my przemykaliśmy po kryjomu, nie pasując z tymi ponurymi gębami do tej radosnej uroczystości” – wspominał po latach Pan Kazio. Oj, musiał czuć się w tym momencie nieswojo na Łazienkowskiej, w koszulce CWKS…
…i tak oto Polonia zdobyła Puchar… i - jednocześnie - spadła z ligi… na długie czterdzieści lat… Wystarczyło drastycznie zmniejszyć dopływ państwowych pieniędzy i pewni ludzie osiągnęli to, o czym marzyli: w Warszawie liczyły się już tylko Legia i dziwaczny „milicyjny nowotwór” na ciele Stolicy, czyli Gwardia. Polonia na czterdzieści lat spadła w otchłań prowincjonalnych boisk Orzysza, Chodakowa, Suwałk, Ełku, Dębna, Giżycka czy Rawy Mazowieckiej… Choć jeszcze w 1958 roku na Konwiktorską potrafiło przyjść 20 tysięcy ludzi, by triumfalnym pochodem przez miasto świętować… awans do drugiej ligi po zwycięstwie nad Czarnymi Szczecin! A na trzecioligowe wyjazdy, jak wspomina Jerzy Piekarzewski, jeździło… 40 autokarów z kibicami Polonii!
Cóż… „o tem że dumać na warszawskim bruku”?... Dziś w Warszawie jesteśmy poniekąd „czarną skałą na zielonym morzu”. Po 50 latach dominacji przyszło żyć 50 lat w cieniu. W głębokim cieniu. Pół wieku dla nas, pół dla nich – i końca nie widać – tym bardziej po wybudowaniu Legii nowego stadionu (dzięki powiązaniom z aktualną „grupą trzymającą władzę”). Tym bardziej warto mieć świadomość, dlaczego jest jak jest, dlaczego kiedyś było inaczej oraz świadomość tego, że nic nigdy nie jest dane na czas wieczny, a każda sytuacja może się odwrócić. Dobra na złą, zła na dobrą. Nie dziś to jutro. W sumie mamy czas: za nami dopiero pierwsze sto lat, a przed nami?...
Na razie: wszyscy na derby!
PS: pisząc niniejszy felieton oprócz nieocenionego portalu LegiaLive korzystałem z albumu Roberta Gawkowskiego „Warszawska Polonia. Piłkarze Czarnych Koszul 1911-2001”. Stąd też pochodzą niektóre cytaty.
Doman Nowakowski