A jednak dobry Pan Bóg zlitował się nad nami w ostatniej chwili i nie zepsuł jubileuszu… a nawet przygotował coś ekstra: gol w ostatniej minucie meczu z Lechem zalśnił niczym brylant w koronie. No dobra: w kontekście stu lat to tylko jeden, mało istotny, wygrany meczyk, ale w kontekście „tu i teraz”, wobec tej oprawy, sztucznych ogni, wobec w końcu rozlicznych chmur czarnych nieodmiennie od lat, miesięcy i tygodni gromadzących się nad Polonią – to jednak było coś! Wzruszenie może nie takie jak po derbach – ale jednak… jakże uzasadniony prezent od losu! Panie Boże: gratulacje! Świetny „timing”!
Brakowało nam ostatnio chwil prawdziwej radości, oj brakowało! Owszem, były piękne derby, a potem… zaczęło się: jak nie Sikorski to sędzia, jak nie sędzia to Gliwa, jak nie Gliwa to Cani, jak nie Cani to Bonin, jak nie Bonin, to Lenczyk Orest – zawsze ktoś tam coś przykrego nam wymodził…Okej, a teraz szczerze: w którym momencie z większym zainteresowaniem zaczęliście patrzeć w dół tabeli, niż w górę? Bo ja chyba jakoś tak od meczu z Arką. Tak, tego pucharowego. Chyba właśnie wówczas przestałem wierzyć. Wcześniej przyjąłem albowiem taką procedurę: Zielu ma praktycznie nową drużynę, zatem daję mu pół rundy na ułożenie chłopaków. Od połowy rundy nasi powinni „zacząć grać”. A tu masz: dokładnie w tym momencie nasi… grać przestali! To, co miało być wprawką przed marszem na szczyt, zaczęło wyglądać na (stosunkowo) miłe złego początki…
Ale Polonia nie byłaby Polonią, gdyby nagle nie wydarzyło się coś niezwykłego, prawda? Kiedy już większość machnęła ręką, kiedy Zieliński zdawał się tracić kontrolę nad drużyną, a Grzegorz Bonin stawał się jej… hm… logo?... nagle zaczęły się zwycięstwa. Ni w pięć ni w osiem, w Chorzowie, na cholernie trudnym terenie. A potem Lech. Trudno mówić jeszcze o serii (tej dziwnej zabawy z kopiącymi się w głowę Litwinami nie liczę), ale jednak wygląda to już nieco lepiej, prawda? I znowu śmielej patrzymy w górę – tam gdzieś fruwa sobie ten Śląsk Wrocław, ale znowu nie tak wysoko, hę?... A najśmieszniejsze jest, że mimo zaliczenia takiego doła bylibyśmy dziś… wiceliderem! Gdyby nie ten Steve Wonder z chorągiewką na K6…
Okej, czekamy na Lubin. Będziemy mądrzejsi: przypadek to, czy raczej nowy trend? Idziemy naprawdę wyżej, czy raczej okopujemy się w pierwszej ósemce?
Felieton ma tytuł „na stulecie”, ale, po namyśle… a co się będę sam dublował? Chcecie o stuleciu? Zapraszam! Teatr Kamienica, Aleja Solidarności 93, sztuka „Czarne Serca”. Powstała z inspiracji Jacka Kamińskiego, który jakoś tak w zeszłym roku zadzwonił i poinformował, że ma być stosowna gala i czy bym nie wymyślił paru „ruchomych obrazów” na akademię, takich ilustrujących historię Klubu.
- O cholera – akademia?! W życiu! Odpuszczam. Chyba że… Kurcze, czy ktokolwiek, kiedykolwiek napisał sztukę osnutą na dziejach klubu sportowego? No bo to zawsze jest nudne: o czym tu pisać? Tu wygraliśmy, tam przegraliśmy, ówdzie był remis? Zieeeew…
Sport nie sprawdza się w sztuce – jedynie chyba filmy o boksie, alpinizmie i żeglarstwie – co chyba jest trochę dowodem, że w zasadzie nie są to sporty. Sport to jest zabawa, umowność, nic tu się nie dzieje naprawdę (boks dzieje się naprawdę, tam chodzi o to, żeby tego drugiego bolało!). Książka „Do przerwy 0:1” niby jest „o Polonii”, ale tak naprawdę wcale nie jest. Ona nawet nie jest o KS „Syrenka”, ona jest o honorze, wierności ideałom, przyjaźni, trudnym dzieciństwie w zrujnowanej Warszawie - i różnych takich. Piłka nożna (i Polonia) jest tam jedynie tłem, ornamentem. Wtedy tak, wtedy można jechać.
Słynne „8 minut” z Wisłą trzymało nas na trybunach na koniuszkach palców, przeżycie było niesamowite. To samo „8 minut” w filmie spowodowałoby jedynie wzruszenie ramion z irytacji: „aaaale wymyślili!”. „Ale kicz!”. „Taaaa, jasne, 8 minut im doliczyli, co za debil z tego scenarzysty!”
To jest właśnie owa słynna „prawda czasu i prawda ekranu”, ta z „Misia”. W filmie zawsze na końcu muszą wygrać ci dobrzy – tak naprawdę widz wie jak to się skończy i spokojnie czeka na decydujący strzał Kiełbowicza. To jest „prawda ekranu”. A „prawda czasu” polega na tym, że my – na trybunach – pojęcia nie mamy: może Cani strzeli w 90 minucie, ale chyba raczej nie. Na tym polega nieprzekładalność piłki na kino/teatr. Nie ma sensu nawet próbować.
Oczywiście jest jeden wyjątek: i on się nazywa… „Polonia Warszawa”. Bo Polonia tak dalece przerasta piłkę nożną, tak dalece przerasta sport, jest czymś o tyle ważniejszym, że naprawdę: nie bałem się spróbować! Tu nie chodzi przecież o piłkę czy kosza, prawda? Tu chodzi o wierność zasadom, o honor, Polskę, patriotyzm, niezłomność – i różne takie mniej czy bardziej modne pojęcia…
Od razu zresztą wyszły mi z tej naszej polonijnej historii „naturalne trzy akty”, jak w teatrze! Akt I czyli wzlot (1911-1952). Akt II czyli upadek (1953-1993). Akt III czyli odrodzenie (1994-2011). A jak sobie jeszcze człowiek uświadomi, że to się idealnie rymuje z historią Polski (potęga-rozbiory-odrodzenie), i że w XX wieku Polska miała się dobrze dokładnie wtedy, kiedy dobrze miała się Polonia… i na odwrót, niestety…
I teraz ważna uwaga: w „Czarnych Sercach” wielu rzeczy… nie ma. Bo się nie dało! Nie ma szans, żeby pokazać w ciągu półtorej godziny sto lat historii! Owszem, idea była ambitna: żeby i Szewińska, i koszykarze, i piłkarze, i szachiści, i Marszałek… szybko jednak pojąłem: wychodzi mi jakiś „sportowy Czechow”, czterogodzinna, XIX-wieczna kolubryna. Albo serial dokumentalny. Ale nie współczesna sztuka, która musi być, cholera, krótka, zwarta, syntetyczna i dynamiczna! Trzeba było ciąć. Została sama polonijna piłka i jej kibice (reprezentowani przez rodzinę Sobieckich) oraz historia kamienicy Leszno 13 - dziś Solidarności 93 (reprezentowana przez dawnego, żydowskiego właściciela, Miszę Roga). Sto stron tekstu.
Zaniosłem Emilianowi Kamińskiemu i aktorom. Powiedzieli: okej, ale to jest mega za długie. Zaczęło się Wielkie Cięcie. Na próbach analitycznych siedziałem z całym zespołem – i… w zasadzie to pisaliśmy rzecz niejako razem, na nowo (bo to się nie da tak ciąć „z automatu”, musi wszak być zachowany sens – trzeba kombinować, fastrygować, przepisywać, dopisywać…). Udało się wywalić 20 stron, zostało 80. Emilian mówi: dobra robota! Tyle, że… ciągle za długie. Potem ciął już tylko Emilian, a ja biegałem za nim, żeby ratować co się da. Ze sztuki zrobiła się połowa. Emilian mówi: jest dobrze. Szkoda, że jednak… ciągle trochę za długie. No to dalej skracaliśmy, skracaliśmy, skracaliśmy… na szczęście sens pozostał, nawet jeśli z „tych 40 lat” pozostał – jako symbol – pojedynczy mecz z Dębem Dębno…
Sam jestem ciekaw jak to wyjdzie… Powiem tylko, że na próbach rzecz wygląda… hm… obiecująco. No ale rezultat to już ocenicie Wy! W końcu próby to tak jak sparringi, a w nich zawsze wszystkich lejemy, prawda? Dopiero po premierze nadchodzi „Faza B”, a po niej „Faza C”… żebym tylko za miesiąc nie musiał sobie szukać pracy w Lechu Poznań… ;)
Tak czy siak: zapraszam! Kogo nie obchodzi „polonijna bieżączka” (czyli mecz w Lubinie – cholera, cóż za timing tym razem…) – niech wpadnie na „luźny” pokaz przedpremierowy (piątek o 19). Na prapremierę dostać się już nie sposób, podobnie na premierę dzień później. Następne „dostępne” przedstawienia: 11 grudnia. Dwa. Wpadnijcie koniecznie, bierzcie żony, matki, kochanki, ojców, dzieci, kolegów i sąsiadów. Nie muszą być fanami Polonii. Raz że jest tam (oprócz Polonii) kawał historii Warszawy i Polski, są piosenki, projekcje wideo, etc. No i druga sprawa: ja tę sztukę napisałem za darmo, ale za to mam mały procencik z biletów – więc może uda mi się kupić sobie czajnik. Ale to już zależy od Was! ;)
PS: Dziękuję wszystkim ludziom z polonijnego środowiska za konsultacje, które przyczyniły się do powstania tekstu „Czarnych Serc”: oprócz Jacka Kamińskiego są to Panowie: Juliusz Kulesza, Jerzy Piekarzewski, Jerzy Kołodziejski i Robert Gawkowski. Dzięki!