...no i jeszcze Kaszubi... A idąc po kolei, to: górale, Kaszubi i krakowiacy. Trzy cudowne zwycięstwa kończące dziwną jesień przecięte równie zdumiewającym „cudem”, czyli porażką w Lubinie, gdzie w tym sezonie trzeba się naprawdę ostro spiąć, żeby przegrać.... Nie bez kozery ukradłem tytuł panu Bogusławskiemu: „Cud mniemany” był teatralnym hitem ponad grubo 200 lat temu, a mnie jesień 2011 kojarzyć będzie się już po wsze czasy z teatrem. I z Polonią Warszawa...
Jeśli jakimś cudem uda mi się dożyć starości (kibicując Polonii ma się małe szanse – trzeba mieć serce nie tyle czarne, co stalowe…) i wnuk mnie zapyta o tę sławną jesień, to zapewne – tocząc zacięta walkę z Niemcem o nazwisku Alzheimer – wydukam jeno: tak, to było chyba wtedy, co Szultes strzelił gola Wiśle. „- W Krakowie?” – zapyta hipotetyczny wnuk. „- Nie, w Warszawie! W Teatrze Kamienica!”.Już w tej chwili teatr pieprzy mi się z futbolem i nie jestem pewien, co jest rzeczywistością, a co fikcją, bo przecież te gole i pudła były i tu, i tam... No to spróbujmy ogarnąć temat pisemnie – żeby na starość się nie gubić… „Cud mniemany” w zasadzie rozpoczął się nie teatrem, lecz „widowiskiem typu światło i dźwięk” na K6 podczas meczu z Lechem. A może lepiej je nazwać „światło i gol” (Czaniego)? Jeszcze wcześniej była wygrana w Chorzowie – przez wielu również rozpatrywana w kategoriach cudu.
Ale tamte cuda to było małe miki przy tych, które dopiero miały się wydarzyć! Oto nadeszła pierwsza wizyta w teatrze – przedpremierowy pokaz „Czarnych Serc” – i nagle, gdzieś pod koniec I aktu – w tylnych rzędach, liczne komórki zapłonęły ponurym smsem: „Lubin nam strzelił. Przegrywamy!” Czyli wszystko wróciło do normy, tedy następnego wieczora na teatralnej scenie zadebiutował zawodnik Jodłowiec określony wdzięcznym mianem „pudlarza” (bo też jak on mógł tego nie strzelić???).
Wydarzenia ruszyły lawinowo. Najpierw przygnębiony Józef odpuścił sobie galę na 100-lecie, HGW nie przysłała nawet sekretarki czy choćby sprzątaczki z urzędu (w końcu Warszawa odczuwa nadmiar instytucji cieszących się stuletnią tradycją, prawda? Pani Prezydent wszak się nie rozerwie...), a najgorsze nastąpiło po meczu z Góralami z Bielska (zwycięstwo wydarte po ciężkim boju i kolejnym polonijnym „do przerwy 0:1”). Idę sobie otóż ulicą Franciszkańską i nagle mam telefon od „naszego” redaktora z pewnej telewizji: „słuchaj, Wojciechowski kupił Lechię, wpadaj do studia, skomentujesz!”.
Jak to mówią „grom z jasnego nieba”. Wiecie, ja jestem odporny na plotki, no ale człowiek po drugiej stronie słuchawki nigdy nie był „kolesiem z magla”, który powtarza każdą usłyszaną bzdurę, tedy wykonałem kilka telefonów pt. „czy ktoś coś wie?” (nikt nie wiedział na pewno, ale ten i ów coś tam słyszał...), ubrałem się na czarno, poszedłem i skomentowałem. Info pewne, źródła wiarygodne – no i jeszcze to „Józef kupił”. Nie że „chce kupić”, „przymierza się”, ale „kupił”, czas przeszły dokonany. I co o tym sądzić? Tym bardziej, że następnego dnia huczało już we wszystkich mediach...
A żeby było zabawniej, następny mecz Polonia grała w... Gdańsku. Czyli co? „Prywatne derby Józefa”? No i podczas owego meczu polonijny „cud mniemany” zdecydowanie, że to niezbyt zręcznie ujmę: „nabrał wigoru”. Trałka później wspominał, iż jadąc na mecz drużyna dyskutowała problem pod tytułem „ajajaj, jesteśmy przeniesieni do Gdańska”. Efekt? Jakby wicher powiał: Lechia została dosłownie zmieciona z boiska! Drużyna, która tydzień wcześniej nie potrafiła choćby zremisować z przesłabym Zagłębiem, nagle zagrała niczym jakiś lokalny Real Madryt – przeciwnicy podobno na boisku byli, ale jakby ich nie było...
A po góralach i Kaszubach dalszą częścią „cudu mniemanego” byli – jak u Bogusławskiego – krakowiacy. I co? I to samo! Może już bez tej finezji (bo rywal za dobry), ale wściekłą determinacją udało się wydrzeć Wiśle Kraków zwycięstwo na jej terenie. I tak oto w dwa mecze Polonia zrobiła na wyjeździe więcej punktów, niż wcześniej przez całą rundę…
I teraz moje pytanie za sto punktów brzmi: co my mamy o tym wszystkim sądzić? Oczywiście ja znam odpowiedź oficjalną: oto trener Jacek Zieliński w pocie czoła dopasowywał ogniwa tej drużyny i potrzeba było tylko czasu, aż zatrybi. I zatrybiło. A że zatrybiło dokładnie w momencie, kiedy Józef (no bo czyja to sprawka?) ogłosił swoimi kanałami, nieoficjalnie, że właśnie zabrał zabawki? Albo (wersja oficjalna), że kończy finansowanie drużyny w razie wypadnięcia poza pierwszą czwórkę? Przypadek, prawda?
No jasne, czysty przypadek. Czy może po prostu nasi potrzebują takiej presji, żeby wreszcie zacząć grać w piłkę tak jak potrafią? I wtedy okazuje się, że wcale nie muszą być „strażnikami pierwszej ósemki”, jak to pisałem w którymś z poprzednich „F3/K6”. Bo przecież nie może być tak, że oni już wcześniej mogli tak grać, tylko jakoś im się nie chciało, prawda?... To dosyć ważna kwestia w kontekście rundy rewanżowej... W końcu Józef nie będzie wiosną ogłaszał (co kilka meczów), że kupił Śląsk Wrocław, Lecha Poznań, czy Widzew Łodź – tylko po to, żeby chłopaki łaskawie ruszyli tyłki i zagrali tak jak – co widać - potrafią?...
PS: wszystkim, którzy wpadli na „Czarne Serca”, wyrazy serdecznej wdzięczności z mojej strony! Dzięki Wam zarobiłem na czajnik, na Święta jak znalazł! Zatem: zdrowych i wesołych!
Komentarze
Jak byłem na koloniach w Kościerzynie to gadaliśmy taki wierszyk o Kaszubach: "Gdańsk miasto liczne, Kartuzy śliczne, ona Kościerzyna i Puck perzyna". Tak że mi tu nie ściemniać proszę
Pozdrawiam!